wspinaczka lodowa

Na filmiku to wszystko wyglądało bardzo prosto. Czekan, raki, czekan, raki, szybkie płynne ruchy, dzięki którym nawet przedszkolak o wątłej budowie ciała i z tendencją do łapania przeziębień, mógłby wspinać się wyżej i wyżej. Żadna filozofia.

Ale na filmikach wszystko wygląda na łatwe. Fokstrot zdaje się być niczym więcej niż przyspieszonym spacerem i drobieniem kroków w miejscu, tai chi, powolnymi ruchami osobników odurzonych środkiem na uspokojenie, a twerking – zwykłym kręceniem dupą.

Pamiętam, że kiedy oglądałam skoki przez przeszkody, widziałam w sobie przyszłą zdobywczynię pucharu świata w jeździectwie. Przecież to takie proste! Naprowadzasz konia na przeszkodę, koń skacze, ty razem z nim. Wystarczy tylko lekko unieść pupę i…. jeb! Moje upadki były bolesne. Zwłaszcza te, kiedy ja skakałam, a koń nie…

Świat rękodzieła też wydawał się banalnie prosty. Kiedyś postanowiłam sobie zrobić kosz z papierowej wikliny. Przecież każdy głupi potrafi pociąć papier i skręcić go w rurki. Wielka mi filozofia! Widziałam na youtubie. Nazbierałam gazetek reklamowych z wszystkich okolicznych Biedronek, Tesco, Lidla i nawet pojechałam do Ikei z takim wózeczkiem bezdomnej, żebym nie musiała tego wszystkiego targać w rękach. Dzielnie zniosłam litościwe spojrzenia sprzedawców, z których jeden nawet ofiarował mi swoją czapkę. Oni nie wiedzieli, że właśnie poznali wschodzącą gwiazdę DIY. Dla nich byłam kobitą, szykującą się na zimę. A ja miałam tylko kilka ładnych kilo makulatury przemienić w stabilną, trwałą, a przede wszystkim piękną ozdobę i praktyczny element wystroju wnętrza. Przecież to takie proste! Na filmiku widziałam! Będę sobie siedzieć, pić gin z tonikiem i pleść te papierowe rurki. Będę tworzyć piękno. Poddałam się chyba na piątej, bo coś tam nie wyszło, coś się nie skręciło i w ogóle miało być prosto, a było pod górkę.

Podobnie myślałam o układach tanecznych w aerobiku. Przecież to nie może być trudne. Jeśli we wczesnej młodości ani słoń, ani żadne inne zwierzę nie nadepnęło ci na ucho i do tego znasz podstawowe kroki typu: step touch, v step, grape vine, to jesteś w stanie stworzyć taki układ choreograficzny, że Madonna i Shakira będą się zabijać o twoje usługi. Prawda? Gówno prawda. Wylewałam siódme poty, żeby nie zbłaźnić się przed ludźmi i nie wyglądać jak paralityk podpięty do prądu, a i pierwsze kroki nie były łatwe, bo o ile technika tych elementarnych może być prosta, to już przejścia, utrzymanie odpowiedniego tempa, koordynacji i namalowanie uśmiechu na ustach uczestników, to już nie bułka z masłem. To chrupiąca, ciepła bułka z rukolą, łososiem wędzonym, kozim serem, orzechami włoskimi, kaparami i sosem, po którym chce się miskę wylizać. W moim przypadku bywało, że była to czerstwa buła z nieświeżym kawałkiem ryby.

I z tą wspinaczką w lodzie to też tak było. Myślałam, że czekan, raki, czekan, raki, płynne ruchy, dzięki którym będę wchodzić wyżej i wyżej. Tak jak na tym filmiku na youtubie. A tymczasem…

Założyłam raki, podeszłam do ściany i spociłam się na sam widok zamarzniętej skorupy i dwóch dziab wbitych w lód. Do tej pory miałam styczność tylko z czekanem turystycznym, a te tutaj dwa sportowe, w temperaturze poniżej zera błagały o ciepło moich dłoni. To już nie jest zabawa. To już jest poważna sprawa – myślałam, rozglądając się dookoła. –Wyższy stopień wtajemniczenia. Ukochane kijki trekkingowe zamieniam na profesjonalne dziaby. Byłam dumna z siebie. Pod maską niepewności skrywała się radość, że miłość do gór okazała się trwała, a pasja na tyle silna, że przyszedł czas na kolejny krok, na coś nowego, na kolejny łyk adrenaliny i rozwój.

Wyglądały kuszącą. Sprawiały wrażenie pancernych. Wbite mocnym ruchem w ścianę przypominały dwie, duże klamry, dwa uchwyty, pociągniecie których otwiera drzwi do surowego świata lodu, pełnego ekscytacji i emocji.

– Najpierw nisko wbij przednie zęby raków i przejdź sobie kilka razy w poziomie, żebyś zobaczyła, jakie to w ogóle uczucie – usłyszałam głos swojego instruktora. – Postój sobie tak wbita w ścianę. Spróbuj złapać równowagę. Na razie tylko pracuj rakami.

Posiedziałam, powisiałam na tej ścianie, rozpłaszczona jak mucha na szybie, w pozycji dalekiej od profesjonalnej. Po czym dostałam zielone światło i rozkaz „czekany w dłoń!” I się zaczęło….

Wspinaczka lodowa, ten pierwszy raz z dwoma czekanami sportowymi pokazał mi jaka ze mnie miękka kredka.

O ile w prawej ręce miałam trochę siły i wbijałam czekan, jak na żółtodzioba, całkiem sprawnie, bo i trafiałam w odpowiednie miejsce w lodzie i do tego zazwyczaj czekan łapał odpowiednią przyczepność już za pierwszym razem, o tyle czekan w lewej ręce żył swoim życiem. Co ja z nim nie wyprawiałam! Ciężko było mi go utrzymać w odpowiedniej pozycji, brakowało pierdolnięcia, o precyzji mogłam zapomnieć, a do tego musiałam poprawiać wbicie dziaby w lód przynajmniej trzy razy. Czy muszę dodawać, że po pokonaniu metrowego odcinka czułam się jakbym przeszła z Gdańska do Zakopanego… na rękach?

Wspinaczka lodowa, ta próbka, której doświadczyłam, pokazała mi, że może i nie jestem pulchnym pączkiem sapiącym po wejściu po schodach, ale do fitnessu na najwyższym poziomie jest mi jeszcze bardzo daleko.

Już na pierwszym odcinku zaczynały drżeć mi łydki. Nigdy wcześniej tak długo nie stałam na przednich zębach raków. Pięty w dół – słyszałam regularnie i choć starałam się trzymać wytycznych instruktora, mięśnie drżały jak napięte struny, które za chwilę mają pęknąć. Wieczorem byłam obolała, następnego dnia czułam każdy jeden mięsień, łącznie z tymi, o których istnieniu nie miałam zielonego pojęcia, kolejnego dnia spuchłam i napęczniałam jak ugotowana w wodzie kiełbasa. Kilka dni zajęło mi powrócenie do normalnego wyglądu. Bolała mnie klatka piersiowa i ramiona, bolały mnie kostki, a nadgarstki w tak krótkim czasie zdołały wykształcić swoje własne kanaliki łzowe, bo przysięgam, widziałam je jak ryczały, schowane za rękawem koszulki kompresyjnej.

Ale… Wspinaczka lodowa, ta jej namiastka, której doznałam, przypomniała mi jak smakuje spełnienie.

Zawsze chciałam jej spróbować. Zawsze chciałam chwycić dwie sportowe dziaby i walnąć nimi w lodową ścianę. Zawsze chciałam sprawdzić, czy odnajdę się w roli spiderwoman i przejdę choćby krótki odcinek na niemal pionowej ścianie. Zawsze znajdowałam wymówki. To w przyszłym roku, to jak trochę więcej poćwiczę na siłowni, to w sumie nie teraz,  to przy okazji kolejnej wyprawy, to jak kupię sobie nowe ciepłe gacie, to jak zakwitnie czosnek niedźwiedzi w ogródku. Może nie było tak łatwo jak na filmiku. Może wyglądałam pokracznie. Może ktoś inny zrobiłby to lepiej. Dla mnie ważne jest to, że wreszcie to zrobiłam. Otworzyłam drzwi do lodowej krainy i weszłam na kolejny poziom, który szalenie przypadł mi do gustu.

Bo… Wspinaczka lodowa to dla mnie nowa, wielka przygoda.

To kolejny etap, początek czegoś nowego, pięknego i ekscytującego. Już wiem, że starter smakował i bardzo chciałabym chwycić na ząb danie główne. Chcę zobaczyć nowy kawałek nieba i nowy kawałek skały pokrytej lodową zbroją. Chcę znowu poczuć smak tego, co nowe i nieznane. Oswoić się z własnymi demonami, które cierpią na lęk wysokości i razem z nimi piąć się w górę. Chcę być małą lodową wojowniczką, która na swoich krótkich nóżkach będzie szła za głosem swojego serca. A to serce zawsze szepcze ‘w górę’, co raz wyżej, co raz dalej. Możesz wszystko. I powtarza za M. Wojciechowską „Niemożliwe nie istnieje”. 

Close