Wstałam dziś rano, zaparzyłam zioła na oczyszczanie jelit, łyknęłam trzy tabletki na nietrzymanie moczu, wyszorowałam sztuczną szczękę, bo przez postępujące zaniki pamięci zapomniałam zrobić to wczoraj wieczorem i pomyślałam, że podzielę się z Wami fragmenetem książki, nad którą pracuję od jakiegoś czasu. Alzheimer nie próżnuje, więc zanim porwie mnie w swoje szpony, przeczytajcie sobie fragment mojego dzieła, które albo będzie książką roku, zdobędzie nagrody literackie i przyniesie mi upragnioną sławę, darmowe obiady w Atelier Amaro i dzikie romanse, albo wyląduje w wychodku z serduszkiem i będą na niego spuszczać się pająki, a ja sama skończę w oddziale zamkniętym czesząc sztuczną trawę bezprzewodową szczotką do parkietów.

Gotowi? Pamiętajcie, że jest to jeszcze szkic, niedopieszczony jak kobieta przed publikacją Sztuki Kochania Wisłockiej.

5…

 

4….

 

3…

 

2…

 

1…

 

START

[…] Co to, kurwa, jest? Wyglądał na przestraszonego odpowiedzią, która jeszcze nie padła, a zmaterializowała się w postaci ogromnego drzewa mogącego spokojnie służyć za stracha na wróble, strusie, a może nawet gatunek ludzki. Drzewo uginało się pod ciężarem ozdób. Kawałki kolorowych sznurówek misternie zawiązane na podwójne kokardki, samochodowe odświeżacze powietrza, wypłowiałe od słońca bilety autobusowe, szklane pojemniki po perfumach, zszarzałe od deszczu staniki z francuskiej koronki, opakowania po kosmetykach, figurki z masy solnej, w tym jednorożec ze skrzydłami, wypłowiałe skarpetki bez pary, zardzewiałe klucze, okulary bez szkieł, owalna ramka do zdjęcia, skorupki po jajkach, strony wyrwane z gazet i książek. Zalaminowany przepis na domową granolę. Dużo przepisów, głównie wegetariańskich. Przyglądał się tej drzewnej wysypce rzeczy martwych z bezpiecznej odległości, w obawie przed atakiem drewnianego straszydła. Jakby się bał, że drzewo wyciągnie swoje suche gałęzie i porwie go, a on sam stanie się jedną z jego pokracznych ozdób. Było zimno. Wiatr wyginał wygolone głowy gumowych lalek, rozdmuchiwał miniaturowe peruki, brzęczał pogniecionymi puszkami. Stał i patrzył na ołtarz pozostałości po czyimś życiu. Tu gdzieś ktoś powiesił rozprutego misia bez jednego oka. Blaszany garnek z wytartym kształtem czarnych, złośliwych gór, pod którymi napis głosił, że kraina lodowych czarów woła i trzeba iść. Opakowania po napojach, butelki po wodzie, pudełka po czekoladkach, spinki do włosów, porwane majtki, korki od wina z niezdarnie wyrytą datą, kawałki kory zdarte siłą z drzewa, które musiało zapłacić za nieudaną miłość.
Co to jest? Brzmiał jak zacięta kaseta magnetofonowa. Co to, kurwa, jest? Powtórzył jeszcze raz i zrobił krok do przodu. Wyciągnął rękę w stronę małej torebki z bursztynem zamkniętej na kłódkę. Po chuj mnie tu przyprowadziłaś? Musisz pomóc mi pochować nas. Wyjaśniłam spokojnie i odwróciłam się na pięcie. Chwyciłam stary karnister w kolorze buraków wrzuconych do popiołu. Zapach benzyny uniósł się w powietrzu. Wiesz, ja tu sobie przychodziłam pod to drzewo. Za każdym razem jak łamałeś mi serce, wieszałam na tych gałęziach, coś, co kochałam i nienawidziłam. Wieszałam na tym drzewie części ciebie i mojej ułomnej miłości. Kawałki prezentów od ciebie, kolczyki kradzione twoim kochankom, twoje gacie wypełnione spermą po stosunku z nimi, fragmenty wspomnień, które udało zamknąć się w materialnym wymiarze. Sześć lat tu przychodziłam. Spójrz na to biedne drzewo. Spojrzał. Ugina się pod ciężarem bólu. Czujesz go? Czujesz ten przejmujący ból? Dotknij! Śmiało. Poczuj! Trzymał w ręku gumowy tors trolla z małymi oczkami. Niepewnie, jak dziecko, które dopiero uczy się kształtów. Boli? Ciebie już do końca pojebało. Odstaw to. Zaczęłam wylewać zawartość karnistra na najniższe gałęzie, które posmutniały jeszcze bardziej. Muszę z tobą skończyć. Muszę… Dźwięk nadjeżdżającego auta zagłuszył moje słowa, które umarły jeszcze zanim wyszły z ust.
Kierowca zatrzymał się. Wyszedł z samochodu. Wyglądał jak ktoś, kto szuka perfekcyjnego miejsca na ostanie pożegnanie swojego psa, który wiernie mu służył przez ostatnie lata, a którego kościół katolicki chciał porzucić pod bramą cmentarną. Taki dobry był, wesoły, z łagodnym usposobieniem. Muchy nie skrzywdził. Wiernie służył. Aportował. Gazetę i kapcie podawał. Do nogi przyłóż. Do serca przytul, a proboszcz z parafii na wysypisko kazał wyrzucić, pod stare, sztuczne kwiaty i wypalone znicze. Bez konduktu żałobnego, bez wieńca z szarfą pogrzebową ‘uwaga, już niegroźny pies’. Wyciągnął swój telefon. Pewnie zrobi zdjęcie drzewa, wyśle żonie, zapyta, czy tu może być, poczeka aż my odejdziemy, wyciągnie łopatę i zacznie kopać. Nie mogłam być na tym zdjęciu. Po tym wszystkim świat będzie musiał o mnie zapomnieć. Rzuciłam się na szyję i dzielnie przyjęłam rolę namiętnej kochanki. Całowałam jego zdradliwe usta. Smakowały jak styropianowy witraż damskich pomadek. Wszystkie kolory i smaki świata. Słodycz i gorycz w jednym. Czułam pod językiem żelazne zimno i chemiczny posmak miłosnych fobii. Mieszanka zabójcza. On całował moje szaleństwo, szarpał i rozrywał niewypowiedziane pragnienia, kąsał, gwałcił, nasycał swoje niskie żądze. Minuta opętania. Kiedy usłyszałam odjeżdżające auto odsunęłam się jak porażona prądem i wróciłam do pracy.
Ty mnie nigdy nie kochałeś. Nigdy. Zawsze wolałeś te swoje kurwy. Stał wryty w ziemię, jakby korzenie drzewa uniemożliwiły mu drogę ucieczki. Chciałeś mnie zaprogramować. Wsadzić myszy w moją głowę. Te srające, brudzące gryzonie. I wsadziłeś. Przy każdym spotkaniu wsadzałeś tego brudnego chuja i jedną mysz. A ja wyłam z zadowolenia. To było lepsze od ‘Ala ma kota’ zapamiętanego z lat dzieciństwa. Tak, mój drogi. Kota miałam od małego, ale uciekł. Brat bliźniak Rademenesa. Senemedar. Czternaście życzeń. Tylko jedno spełnił i dał nogę. Zesłał ciebie i uciekł. Twoje myszy go wystraszyły. Co się tak patrzysz, jakbyś nie rozumiał, co do ciebie mówię? To ty je tam wsadziłeś. Białe, zielone i czerwone też. Cały cyrk tam mam normalnie. Latają, biegają, ganiają, jedna za drugą, tu tup tup, to w tą, to w drugą stronę.  Czasami czuję, że ktoś na tych myszkach przeprowadza eksperymenty pod czaszką. Może to ty, może to oni. Umieszczają w ich szarych, mysich główkach sztuczne wspomnienia, fałszywe uczucia, sfabrykowane emocje. Wypalają neurony. I te myszki biegają. Budzą się z głębokiego snu i poruszone bodźcem buszują w mojej głowie. Gryzą myśli, zjadają zdrowy rozsądek, srają na trzeźwość mojego umysłu. Gubią czarne, małe bobki. Banda zasranych, psychicznych gryzoni. I choć umysł otwarty, one tylko tam w środku ganiać chcą. Nawet nie myślą o ucieczce. Dobra robota, towarzyszu. Przyznałam. Masz, polej. Wręczyłam mu karnister śmierdzący obietnicą ostatecznego szaleństwa.
Chodź, pójdziemy się przejść mówi, ale boi się do mnie podejść. Zrywam jego szalik i zakładam na głowę. Zawiązuję pod szyją. Sto procent kaszmiru. Muszę wyglądać jak ruska babuleńka. Pierdolone Matrioszki – krzyczę, spoglądając w niebo. Głupie one, głupia ja. Wydrążyłeś nas z kawałka drewna trzymanego w piwnicy. Ręcznie pomalowałeś. Artysto za pięć groszy. Zaprogramowałeś mnie. Zaprogramowałeś je. Głupie dziewuchy chowane na wiejskich jajach, prawdziwym maśle i legendach o homoseksualnych bazyliszkach, pedofilskich smokach wawelskich i lajkonikach impotentach. I ja, mała, biedna myszka, wierząca w klątwę bogini Bast i magiczną moc młota Thora. Chodź, pójdziemy na spacer. Wyciągnął dłoń w moją stronę. Krwawię, tak ja krwawię. Moje małe, zimne serce. Nie mogę wytrzymać ze sobą. – zaczęłam śpiewać. Płakałam, śmiałam się, tańczyłam, stawałam w bezruchu, podwijałam spódnicę pokazując mu kawałek uda, groteskowo wypinałam tyłek, szlochałam, nuciłam Mendelsona, rwałam włosy z głowy, wymachiwałam pudełkiem zapałek jak cyganka tamburynem. Stał przerażony. […]

***

No i jak? Nagroda Nike, prawda?

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close