na Filipinach

– Butelkę wody mineralnej proszę – mówię łamaną angielszczyzną, bo z doświadczenia wiem, że im prościej, tym lepiej. Większe szanse na zrozumienie ma ten, kto Kali chcieć, Kali musieć, niż ten, który stroną bierną i czasem Present Perfect biegle się posługuje.

Kot nawet nie drgnie. Wygląda jak najprawdziwszy dziki kocur. Nie ma na sobie obroży, ani żadnego ubranka po misiu. Ma futro, sterczące uszy i tonę obojętności na otaczający go świat.

kot na filipinach
I co się tak gapi? Kota nie widziała?

– To może chociaż zimną kolę z lodówki dostanę? – pytam z nadzieją w głosie, wskazując paluchem na reklamowy baner.

Od kilku godzin popylam na małym motorku, dookoła wyspy Camiguin, na Filipinach. Boli mnie dupa. Boli mnie sparzone słońcem prawe ramię. Bolą mnie wysuszone gorącym powietrzem usta. Kot ma to wszystko bardzo w dupie. Patrzy na mnie, jakby miał dylemat typu: zabić ją, czy totalnie olać? Wybiera drugą opcję, a ja nadal stoję przed drewnianym sklepikiem, pamiętając, że jak ktoś zamyka drzwi, szukaj otwartego okna, a jak okno zamknięte, to ładuj się przez komin.

– Miauuuuuuuu, miauuuuuuu, miauuuuuuuu – próbuję kociego narzecza. Jeśli za chwilę czegoś się nie napiję, to wyschnę jak mokry chomik rzucony na rozgrzaną patelnię.

Kot posyła mi spojrzenie typu: spadaj na drzewa, banany prostować. Stoję jeszcze chwilę patrząc mu prosto w oczy. Opowiadam o kraju, w którym człowiek wykrada kocie gówna z kuwety, o Kampanii na rzecz Prawdziwych Kotów, o rodzinie kocurów, która z dziada pradziada zajmuje się polowaniem na pingwiny. Chcę wzbudzić jego zainteresowanie. Chyba mi się udaje. Jego spojrzenie kryje fascynację tym, co mówię i jednoczesną delikatną prośbę typu ‘spierdalaj’. Kot ci w oko, mały fiucie, myślę i s…… obie idę. Nie będę się prosić jakiegoś filipińskiego sierściucha.

Zatrzymuję się kilka metrów dalej. Inny sprzedawca. Inna obsługa. Inna etykieta pracy.

na Filipinach
Nie zawracaj mi dupy, człowieku. Nie widzisz, że zajęty jestem?

Psy różnią się od kotów. Obwąchują krocza, szczekają jak najęte, są posłuszne, reagują na twoje polecenia, jeśli odpowiednio wytresowane. Psa można urobić, przekupić. Węszę nadzieję na bycie obsłużoną.

– Kolę proszę. Najlepiej zimną! – zapominam o tym, że koli nie lubię. Mój organizm domaga się cukru. I to teraz. Jeśli nie dostarczę mu cukru, padnę jak mucha.

Od razu widać, że psisko wytresowane, ale przez koci gang. Musiał przynajmniej kilkadziesiąt razy dostać zwiniętą gazetą po łbie. Jakiś niemrawy. Patrzy na mnie ze smutkiem i wyrzutem. Coś na kształt „Najpierw byłaś u kota. Kot nie dał, to teraz do mnie w łaski żeś przylazła. Kot zabronił, kot kazał się szanować. Odejdź człowieku, skąd żeś przylazł. Daj żyć.”

Przed każdą podróżą uczę się kilka słów w języku tubylców. Kaleczę je podobno w czarujący sposób, zjednując sobie tym samym rozmówcę.

-Woof, woof! – mówię i mam nadzieję, że w psim języku to nie znaczy ‘twoja matka jest burą suką’.

Cisza. Pies nawet nie drgnie. Ma wywalone na mnie i moje starania. Próbuję tej samej metody co z kotem. Opowiadam mu bajkę o Reksiu poliglocie, Czarusiu małym uciekinierze, Ferdynandzie Wielkim, któremu znudziło się życie na czterech łapach i Marleyu, który chleje wodę z miski klozetowej. Streszczam mu wszystkie reklamy psiego żarcia, licząc na choć iskrę zainteresowania. Cisza. Nic. Zero reakcji. Pies, podobnie jak kot, ma w dupie. Przez chwilę myślę, że zdechł przygnieciony ciężarem moich psich opowieści.

Kilka kroków dalej kolejny drewniany sklepik. Tym razem prowadzony przez… koguta! Niestety zdjęcia nie mam, bo ptaszysko dało nogę szybciej niż ja wcisnęłam migawkę aparatu w telefonie.

Stoję na drodze wpatrzona w pola ryżu i bananowce. Upał narasta. Jest duszno, a powietrze ciężkie od wilgoci. Pot spływa mi po tyłku razem z filtrem przeciwsłonecznym. Wycieram pot z górnej wargi. Czuję, że płonie mi twarz. Muszę kupić tę wodę. Przyglądam się sąsiedniej lepiance. Chwilę odpocznę w cieniu i ruszę przed siebie. Zaraz będzie jakaś mieścinka i tam na pewno kupię butelkę albo dwie.

– Mnie też zrób zdjęcie – słyszę.

Rozglądam się dookoła. Pod bananowcem świnia. Filipiński prosiak przywiązany do drzewa. Myślę, że to słońce mi zaszkodziło. Szczypię się w prawe udo. Świnia nie znika, nie rozprasza się w powietrzu. Stoi tam i patrzy na mnie.

Na Filipinach
Zrób mi zdjęcie, a później daj buzi!

– Zdjęcie. Zrób – słyszę ten sam głos, dobiegający z tego samego kierunku.

Nie mogę powstrzymać gonitwy myśli. Gadający prosiak? Patrzę na świński ryj i w tej samej chwili obiecuję odstawić wszystkie używki, łącznie z multiwitaminą i skrzypem polnym. Ale jaja! Do Wigilii jeszcze daleko, a zwierzęta na Filipinach już mówią ludzkim głosem. Czuję się jak doktor Dolittle. Podchodzę bliżej. Przyglądam się ryjowi z bliska.

– Powiedz coś jeszcze – mówię po cichu, w obawie, że ktoś mnie usłyszy, a wystraszona świnia da nogę i przy niewłaściwych osobach nawet nie chrząknie.

Prosiak patrzy na mnie ze współczuciem. Jego spojrzenie mówi: ‘Dziecko, źle z tobą. Idź do domu. Odpocznij.’

– Ja też chcę zdjęcie – słyszę po raz kolejny. Tym razem wyraźniej, dobitniej. Przyglądam się prosiakowi. Nawet nie drgnął mu ryj. Coś tu nie gra. Rozglądam się dookoła i dopiero teraz widzę uśmiechniętą Filipinkę w drewnianym sklepiku obok. Gdyby na Filipinach urządzono pochód debili, mogłabym spokojnie iść w pierwszym szeregu i nieść sztandar z namalowanym przekreślonym mózgiem.

Moja przyszła modelka uśmiecha się do mnie. Podchodzę bliżej. Jest zafascynowana smartfonem, a później swoim zdjęciem na małym ekranie.

Na filipinach

– Mnie też zrób zdjęcie – Słyszę tym razem męski głos, dobiegający gdzieś zza pleców Filipinki.

– Uśmiech proszę – chyba właśnie to powiedziałby profesjonalny fotograf.

– Ale ja nie mam zębów – słyszę w odpowiedzi Filipińczyka, który ochoczo otwiera usta i pokazuje braki w uzębieniu. Widać w jego oczach lekkie zakłopotanie, ale i rozbawienie.

– Nie musisz się uśmiechać, jeśli nie chcesz – mówię spokojnie i nagle chcę wracać do Europy, robić szybki kurs wstawiania tytanowych implantów, wrócić na Filipiny i wstawić mu mundurek nowych zębów, albo już teraz w tej chwili biec na plażę, zbierać muszle, strugać z nich trzonowce i wstawiać w miejsca ubytków. Jego szczerość mnie rozbraja.

Jest w tym człowieku niesamowite ciepło. Takie ciepło za które chce mu się oddać własne zęby.

man filipiny

To są właśnie Filipiny. Z uśmiechem przez życie, nawet jeśli zębów, czy smartfonów brak.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close