fuck perfection zycie na cztery z plusem

Ostrosłupy trójkątne, czworokątne, pięcio-, a nawet sześciokątne. Prostopadłościany i graniastosłupy. Walce srańce, stożki chujki i bryły obrotowe. Jeszcze dziś na sam dźwięk tych słów robię się fioletowa na twarzy, drętwieją mi palce, odczuwam nieprzyjemne doznania w jamie brzusznej, zalewam się zimnym potem i dostaję ślinotoku. Trauma z wczesnych lat młodości.

To było zadanie domowe. Zrobić model takiego kurestwa. I ja pamiętam to jak dziś. Najpierw rysowało się siatkę. Ołówkiem, przy linijce, na kawałku brystolu. Później wycinało nożycami. Upośledzona małpa nie miałaby z tym problemu, gdyby ktoś w szkole dał jej odpowiednie instrukcje. Trzeba było pamiętać o zakładkach, bo inaczej dupa zbita. Tam się zaginało, tu się nakładało klej, łączyło i bryła gotowa. Prosto? Chuja prosto. Mnie nie wychodziło.

Nie wiem, co robiłam źle, ale moja bryła nie była idealna. Coś tam gdzieś wystawało, coś się źle łączyło, coś kuło w oko. Rysowałam te siatki, wycinałam i rwałam na strzępy. Jedna, druga, trzecia… Kleiłam, oglądałam z wszystkich stron, gniotłam i wywalałam za łóżko. Czwarta, piąta szósta, siódma… Rzucałam nożycami. Raz trafiłam centralnie w najświętsze serce Jezusa wiszącego na ścianie. Wystraszyłam się. W jego otwartym sercu nie było przebaczenia, czy pocieszenia, którego tak bardzo potrzebowałam. Ściągnęłam obraz i rzucałam dalej, nożyczkami i polską kurwą. Ósma, dziewiąta, dziesiąta, jedenasta… Płakałam, krzyczałam, bluzgałam. Dwunasta, trzynasta, czternasta… Po kilku godzinach miałam język podwórkowy opanowany do perfekcji i dopiero kilka bloków później stworzyłam coś, co odłożyłam na półkę pełną książek, kupionych za kilka zeta w taniej hurtowni pod Warszawą, wciśniętych mi jako nagrody szkolne za wzorowe zachowanie i bardzo dobre wyniki w nauce. Było niezłe, ale nadal nie idealne. Rysowałam te siatki dalej, licząc, że każdą kolejną skleję lepiej i zobaczę swój ideał. Pieprzona miss brył.

– Przecież masz już to zrobione – zdziwiła się moja własna rodzona matka, kiedy wchodząc do pokoju zobaczyła mnie nadal ślęczącą nad kawałkiem brystolu, z klejem w ręku, opętanym wzrokiem i w totalnym amoku.

– Nie! Nie mam! – wrzasnęłam wtedy.

– No masz – wskazała palcem stojący na półce stożek.

– To gówno? – podeszłam i bez zastanowienia walnęłam pięścią. Zmiażdżony wierzchołek stożka wlepił się w podstawę.

Matka wyszła z pokoju bez słowa. Nie miała ze mną łatwo. Później słyszałam tylko, że nie pozwoliła ojcu mi przeszkadzać, tłumacząc, że coś mi tam nie wychodzi.

Nie wychodziło. Wkurwiałam się. Płakałam i kleiłam dalej, a oni nie obejrzeli dziennika tego dnia. Gdzieś nad ranem stożek był gotowy. Taki jak sobie go wyobraziłam – idealny.

***

Pamiętam jeszcze inną sytuację. Piąta klasa szkoły podstawowej. Lekcja języka rosyjskiego. Chuda, smutna pani nauczyciel oddaje nam sprawdziany. Trzymam w rękach kartkę i oczom nie wierzę. Wszystkie polecenia zaznaczone pozytywnym ptaszkiem, czyli wszystko bardzo dobrze. To dlaczego ocena końcowa tylko cztery z plusem? Magda o kasztanowych włosach i piegach w takim samym kolorze pyta, co dostałam. Porównujemy oceny.  U niej pięć.  Porównujemy zawartość sprawdzianu. W jednym z poleceń Magda odmienia jakiś czasownik, przymiotnik, cholera wie co, na dwa sposoby. Ja tylko jednym. Tym trudniejszym. Wzywam do siebie nauczycielkę. Chuda blondynka, płaska jak deska, która miała w sobie smutek całego świata, podchodzi do mnie i kładzie rękę na moim ramieniu.

– Zrobiłam wszystko dobrze. Dlaczego nie dostałam piątki? – pytam, z nadzieją, że poprawi ocenę na wyższą.

– Bo nie odmieniłaś na dwa sposoby w tym poleceniu – pokazuje mi chudym palcem, choć ja już wiem o które polecenie jej chodzi.

– Ale tu nie jest napisane, że trzeba dwoma sposobami – mówię drżącym głosem.

– Ten czasownik odmienia się na dwa sposoby, trzeba było go odmienić na tyle sposobów, na ile to możliwe – tłumaczy belfer bezbarwnym tonem.

– Ale ja znam oba sposoby. Wybrałam ten trudniejszy, bo ten pierwszy sposób jest oczywisty. Nic się nie zmienia. Dla wszystkich osób czasownik przyjmuje taką samą formę  – mówię łamanym głosem. Jestem bliska płaczu.

– Ja wiem, że ty wiesz, ale nie ma tego na kartce dlatego tylko cztery plus. Następnym razem będzie lepiej.

Cztery z plusem to dla mnie hańba.

– Ale ja to wiedziałam! – wykrzykuję powstrzymując się od płaczu. A tu w poleceniu nie jest napisane – dodaję po czym walę głową w szkolną ławkę, nakrywam się rękoma i już tak zostaję. Zaczynam szlochać.

– Spójrz na mnie. Porozmawiaj ze mną – słyszę słowa, które wylewają się na mnie jak skondensowany syrop.

– Nie będę! – krzyczę bez podnoszenia głowy. Nie będę z nikim rozmawiać! – jeśli nie zostawi mnie w spokoju, każę jej spierdalać. Ja – uczennica ze wzorowym zachowaniem. Może dodam ‘proszę’ na końcu zdania.

Nie mówi nic. Zostawia mnie samą. Chyba nie wychodzę na przerwę. Nie chcę nikogo oglądać. Cierpię. Płaczę. Robię przedstawienie, bo nie jestem najlepsza. Jestem dobra na cztery z plusem, ale nie najlepsza. I to jest powód do cierpienia.

***

Miałam tak przez bardzo długi okres w swoim życiu.

Bo ja musiałam być zawsze, ale to zawsze najlepsza. Jeśli tracić dziewictwo, to tylko z Johnem Deppem. Jeśli zdawać egzamin na prawo jazdy, to tylko w terminie za pierwszym razem. Jeśli test teoretyczny, to tylko z najwyższą liczbą punktów. Jeśli jakiś kurs, to tylko w najlepszej szkole. Jeśli jakiś bieg, to pierwsza na mecie. Musiałam być idealna. Przez wiele lat dźwigałam pierdolone zwierciadło, w które ciągle zerkałam i rzadko kiedy byłam zadowolona. Każda rysa odbita na moim wizerunku była nie do zaakceptowania.

Musiałam być idealna. W szkole, na podwórku, w pracy, u cioci na imieninach, na szlaku górskim, nawet na wakacjach. Musiałam osiągać mniejsze i większe sukcesy. Musiałam być najlepsza. Za wszelką cenę. Jeszcze w dorosłym życiu przeżywałam niepokoje dzieciństwa. Karmiłam się potrzebą bycia kimś nadzwyczajnym, najlepszym, idealnym. Osiągałam wiele, jeśli tylko chciałam. Matura zdana najlepiej z całej szkoły? Proszę bardzo. Konkurs z Matematyką przez Świat? Czemu nie? Egzamin z anatomii w języku łacińskim? Zadowolę się tylko piątką. Rozmowa kwalifikacyjna? Przejdę przez wszystkie etapy śpiewająco. Certyfikat z angielskiego? Koniecznie, ale od razu na poziomie biegłości językowej.

Przeżywałam krótkie momenty szczęścia. Głównie wtedy, gdy dopięłam swego. Ale nadchodziły momenty, kiedy nie mogłam czemuś podołać i wszystko traciło nagle sens i znaczenie. Nie przyjęli do pracy. Nie dali awansu. Nie dostałam podwyżki. Wjechałam do rowu. Przypakowałam w auto sąsiada. Biznes nie wypalił. Kolejny pomysł okazał się niewypałem. Na teście z języka dostałam tylko 99 na 100 punktów. Byłam znowu tą małą uczennicą, która miażdżyła stożek i wkurwiała się na cztery z plusem. Bywało ciężko.

Dzisiaj dziwię się, że nie wylądowałam w wariatkowie i że teraz nie wyprowadzam na spacer swoją szczotkę do włosów przywiązaną do sznurówki, krzycząc że to mój pies, który zamienił się w jeża! Poważnie, cieszę się, że mi nie odpierdoliło.

Nie wiem, kiedy nastąpiło przebudzenie. To był długi proces. Długo zajęło mi nauczenie się, że jestem człowiekiem. Że mogę parkować jak pipa i jest to powód do śmiechu i głupich dowcipów, a nie do biczowania. Może mi coś nie wyjść, jak ta tarta grzechu warta. I że to jest, kurna, fantastyczne! Że to czego się wstydziłam jest moim skarbem. Nie muszę być idealna w każdej dziedzinie. Nie muszę być perfekcyjna.

Już nie muszę robić czegoś za wszelką cenę. Nie muszę zajeżdżać się nocami  dniami. Nie muszę każdego dnia wkładać nakrycie super bohatera. Nie muszę udowadniać innym, ani sobie jaka jestem idealna, jaka perfekcyjna. Pozwalam sobie na bycie chujową. I wiecie co? Świat się nie wali, a ja nadal się uśmiecham. Śpię lepiej. Dupa od tego nie rośnie, a mózg nie zamienia się w wykruszonego popularnego.

Mam własne dziwactwa, lęki, natręctwa i namiętności. Nie boję się być sobą. Nauczyłam się doceniać to, co mam. Żyję ze sobą we względnej zgodzie. Nie miażdżę stożków tylko dlatego, że nie są idealne i zdarza się, ze biorę życie na cztery z plusem. I tego Wam życzę!

2 Comments

  1. Good enough is perfect. Done is even better than perfect.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Close